Dom, biuro idealne?

Home / Blog / Dom, biuro idealne?

Formalności związane z założeniem firmy mam już dawno za sobą, pierwsze projekty na własny rachunek też są… tyle że gdzieś trzeba usiąść i je zrobić 🙂 W ciągu ostatnich 10 lat miałem okazję pracować w przeróżnych, nawet nie tyle biurach co miejscach. Były różne.

Była mała drukarnia cyfrowa – ot typowy lokalik usługowy na parterze bloku mieszkalnego, biurko z kompem w otoczeniu maszyn i urządzeń.

Było zwykłe biuro w małym biurowcu – chociaż tutaj też pokoje były różne pod względem ‘standardu’, a że dział IT – tak tak, graficy byli nazywani działem IT (no bo przecież informatyka to informatyka i musimy znać się na wszystkim, od swojej roboty, przez konfigurację i naprawy sprzętu aż do administrowania siecią) był działem potrzebnym tylko okazjonalnie więc dostawaliśmy wszystko to (łącznie ze sprzętem) co nie było potrzebne w innych działach.

Była drukarnia offsetowa “na zadupiu”, w której w zimnie i wilgoci pracowało się na sprzęcie z poprzedniej epoki (dosłownie – na początku XXI w pracowałem na sprzęcie i oprogramowaniu z połowy lat 90’ XX w.).

Był niestety też garaż… Tak, dobrze czytacie garaż. Garaż zwany szumnie studiem reklamy. W garażu tym upchnięto jakimś sposobem pokoik szefa (jedyny oddzielony od reszty i z ogrzewaniem), dwa stanowiska grafików no i “halę produkcyjną” z dwoma ploterami solwentowymi, grawerem laserowym, ploterem tnącym i resztą podobnego sprzętu. Wszystko to nie otynkowane i nie ocieplone – bo i po co, skoro optymalna temperatura dla pracy maszyn to 17 stopni Celsjusza i to maszyny są ważne a nie pracownicy? Wyobraźcie sobie zimę i dwóch gości przy kompach w puchowych kurtkach, czapkach i rękawiczkach… Sam się dziwię, że wytrzymałem tam aż 3 miesiące…

Sami widzicie, że po takich miejscówkach marzyłem o czymś “normalnym” (i tu ukłony dla CorazLepszaFirma.pl za naprawdę fajne warunki w biurze, w którym pracowało się naprawdę super). Jednak prawda jest taka – gdziekolwiek by nie pracować, zawsze znajdzie się “coś”, choćby najmniejsze, ale jednak coś co zepsuje całą frajdę.

Nie wiem jak Wy , ale ja lubię mieć mocno spersonalizowane stanowisko pracy 🙂 Ta personalizacja sprowadza się w gruncie rzeczy do ustawiania na biurku różnych “dupereli” w postaci zdjęć, książek, wydruków próbnych… Jednym słowem na biurku mam bałagan 😀 No i w domu mogę sobie na to wreszcie bezkarnie (no prawie bezkarnie) pozwolić.

Kolejna rzecz to “odstresowywacze”. Tego chyba najbardziej brakowało mi w biurach. Czasami było tak, że nie było nawet szansy oderwać wzroku od monitora (a bo to nie ma na co, bo okna nie ma, albo widok tandetny, albo szef zaraz się przyczepi, że nic nie robisz). W domu spełniłem kolejne swoje marzenia. Po pierwsze mam biuro urządzone w “swoich” kolorach (jakich? To widać na fotkach. Po drugie z masą gadżetów. Po trzecie, mam wreszcie na tyle dużo przestrzeni, że na biurku wylądowało nieduże akwarium – nie ma to jak bliskość zieleni nawet w środku zimy (której, nawiasem mówiąc, nie cierpię) i możliwość oderwania wzroku od świecącego monitora. Po za tym zielony podobno uspokaja 😉

Godziny pracy. To chyba największy plus z możliwych. Nareszcie mogę gospodarować czasem jak chcę a przede wszystkim nie muszę go tracić. A na czym tracimy najwięcej czasu? Nie… nie na przeglądaniu fejsa (chociaż to niestety też zajmuje wysoką pozycję), a na dojazdach. Dojazdy do i z pracy to chyba największe marnotrawstwo czasu jakie znam. Teraz pracując w domu nie muszę zrywać się “bladym świtem” aby przynajmniej częściowo ominąć zakorkowane miasto. Mogę wstać o “ludzkiej” porze, odprowadzić dziecko do przedszkola, wrócić, zjeść śniadanie i zacząć pracę. Co jeszcze lepsze mogę skończyć, o której mi się żywnie podoba 🙂

Wpis wyszedł ciut przydługi więc pozwólcie, że o minusach pracy w domu (a takowych jest całkiem sporo) opowiem następnym razem